Wczoraj zaobserwowałam interesujące zjawisko.
Jak wiadomo, język polski, ten nie najłatwiejszy z indoeuropejskich, posiada dość jasno zdefiniowane i wyróżnione rodzaje: męski, żeński i nijaki. Właściwie wszystko, co żyje, występować może w tych trzech rodzajach, przy czym zaczyna od nijakiego, jako dziecko, jagnię, kocię, szczenię bądź źrebię, a potem staje się kobietą/mężczyzną, owcą/baranem, kotką/kotem, suką/psem i klaczą/ogierem. Niekiedy, w niesprzyjających dla osobników płci męskiej okolicznościach, może się też stać eunuchem, wałachem albo potrawką z sosem miętowym.
Nie inaczej ma się kwestia zawodów wykonywanych. Pomijając wyjątki (na przykład sportowca), większość nazw zawodów ma swoje wersje męskie i kobiece. Bo taka jest specyfika języka polskiego, że na tę dwoistość pozwala. I tak kobieta, która skończyła psychologię to - z gramatycznego punktu widzenia - psycholożka, uprawiająca podróże dalekosiężne to podróżniczka, parająca się programowaniem komputerów to programistka, a robiąca zawodowo zdjęcia to fotografka. Sposób takiego używania języka ojczystego jest oczywisty dla moich rodziców - jeśli moja matka mówi, że dostała namiary na dobrego psychologa, to jest to bez wątpienia mężczyzna, ojciec zaś chodzi do dentystki.
Mało kto pamięta, że "pani doktor", "pani psycholog" i "pani technik" to pokłosie upiornej komunistycznej nowomowy z lat sześćdziesiątych, którą bezlitośnie obśmiewała Stefania Grodzieńska w "Dałam listonosz". Jasne, że na samym początku emancypacji zawodowej kobiet używano słowa "doktorka", by wyśmiać kobiece aspiracje do bycia medykiem, ponieważ uważano wtedy, że wszelkie zawody wymagające myślenia i przebywania poza domem to domena (nomen omen) mężczyzn, a kobieta z natury swej nie nadaje się do prac wzniosłych, powinna jednak zostać w przędzalniach lnu albo szwalniach, potem równie wielkie rozbawienie budziła traktorzystka. Jednakoż niewiele jest już zawodów, których nie wykonują kobiety i wydawało mi się, że większość Polaków jest przyzwyczajona do tego, że kobieta wykonująca dany zawód może być albo panią fotograf, albo fotografką, nie jest to dla nich nic dziwnego i nie traktują rodzaju żeńskiego rzeczownika jak diabeł wody święconej. O ja naiwna.
Podejrzewam, że to dlatego, że dziewczyny z ruchów feministycznych ostatnio podniosły tę sprawę na forum publicznym i zapostulowały powrót (tak, powrót, o urodzeni po 1980) do formy żeńskiej, a jak wiadomo, feministka w Polsce kojarzy się źle. Wkurwia mnie to niepomiernie, ponieważ śledziłam sobie, jak prawica po "odzyskaniu niepodległości" zaczynała dorabiać ruchom feministycznym gębę i jak wprowadzenie indoktrynacji katolickiej do szkół wpłynęło na postrzeganie feminizmu przez pokolenie, które szkół bez religii nie pamięta. Nastąpił zwrot w kierunku życia napoczętego i innych tego typu idiotyzmów, a część kobiet wolałaby chyba być nazwanymi kurwami, niż feministkami. Czas jakiś temu jeden z moich młodych znajomych podczas gorącej dyskusji rzekł tonem zarezerwowanym zazwyczaj dla stwierdzenia faktu:
- Jo, ale ty nie jesteś feministką, prawda?
Starszy brat pytającego zrobił wtedy taki ruch, jakby zamierzał schować się pod stołem.
- Jak to, kurwa, NIE jestem? - odparłam i to chyba był jeden z tych momentów, po których ludzkie życie nigdy nie jest takie samo. Jego na pewno nie. W tej chwili jest radykalniejszym feministą ode mnie.
W każdym razie, porzucając tę przydługą dygresję, wczoraj w dyskusji na Forum Facebookum przeczytałam deklarację pewnej młodej damy, że kobieta, która mówi o sobie psycholożka, to baba z fanaberiami oraz, że doznała szoku czytając to słowo w gazecie, ponieważ była przekonana, że to tekst dzieci z przedszkola. I nie wiedziałam, czy bardziej mi ręce, nogi i cukier opadły dlatego, że można aż tak nie znać zasad rządzących gramatyką języka ojczystego, czy dlatego, że można z punktu uznać, że kobieta, która używa tej formy jest niewiarygodna i niekompetentna w wykonywanym przez siebie zawodzie.
Nie podoba mi się to.Nawet mnie nie wkurwia, uważam to za przejaw zwyczajnej bezmyślności. Ale mam wrażenie, że to też odprysk innego zjawiska - tego, że kobietom często wydaje się, że same z siebie są niekompetentne w tym, co robią, i jeśli podkreślą, że są kobietami, będą odbierane jako jeszcze bardziej niekompetentne, więc bezpieczniej jest używać męskiej formy rzeczownika. Psycholog, antropolog, doktor, lekarz, nauczyciel. Bo przecież są kobietami, a kobietom w Polsce od dawna wmawia się, że są gorsze, bo są kobietami, jak więc psycholożka może się równać z psychologiem? Może, i to całkiem zwyczajnie - człowiek bowiem, wbrew temu, co się wydaje różnym ograniczonym umysłowo przedstawicielom gatunku, do myślenia używa mózgu, a ten jest u obu płci bardzo mocno taki sam, tak więc to jego zawartość i umiejętność jej używania decyduje o tym, czy się lepiej wykonuje dany zawód, nie płeć. Choć obawiam się, że w praktykowaniu psychologii bycie kobietą pomaga i to panowie mają handikapy na starcie.
Nasz język jest językiem bardzo mocno nacechowanym płciowo, ale jednocześnie, paradoksalnie, używanie kobiecych form może dać tak potrzebne wyzwolenie od przekonania o gorszości. Bycie antropolożką, anglistką, baristką, programistką, czy nawet ministrą (przykro mi niezmiernie, ale to JEST poprawna forma w języku polskim, a brzmi idiotycznie tylko dlatego, że jesteśmy z nią zwyczajnie nieosłuchani. Ale z dużą uciechą czekam na chwilę, kiedy znów będziemy mieć szefową rządu) może się stać manifestem: jestem kobietą robiącą rzeczy zarezerwowane niegdyś dla facetów. Jestem od razu, na starcie, równie dobra jak oni. Niczego nie muszę udawać ani za nic przepraszać, a zwłaszcza za swoją płeć. Wstydzić się i przepraszać powinien ten, kto sądzi, że kobieta się do czegoś nie nadaje tylko dlatego, że jest kobietą.
Wyrocznia i kot Schrödingera
piątek, 9 marca 2012
środa, 22 lutego 2012
Natchnienie, natchnienie! Szybko, łap je, zanim ucieknie!
Jak widać, zmieniłam układ graficzny temu blogu. Jest to ciągiem dalszym logicznym wpisu przedostatniego, w którym skarżyłam się na nadmiar Internetu i zapychającej mi mózg papki informacjopodobnej, oraz faktu, że część zeszłego tygodnia spędziłam wpatrując się w ekran komputera, ze słuchawkami na uszach, spisując prezentacje z CamerImage w ramach fuchy. Używałam bardzo ładnego programu dla piszących, Scrivenera, a jak już oderwałam się od spisywania, to się okazało, że modem nam się zepsuł i weekend z kolei upłynął pod znakiem słowa drukowanego. Zaprawdę, nie ma nic lepszego na skacowaną niedzielę niż najbardziej ponura książka Pratchetta, czyli "Straż nocna". Jeśli po takiej kombinacji dożyjesz do poniedziałku, jesteś herosem. (Dożyłam do środy, czyli byłabym czymś w rodzaju ubermenscha, gdybym nie była kobietą, a nie słyszałam jeszcze o żadnej uberfrau, chyba że mówimy od razu o Walkiriach. Ale do tego to brakuje mi tak z metra obwodu w cyckach i biodrach oraz mam o pół metra wzrostu za dużo, sugerując się tutaj wystawieniami oper Wagnera, a nie poprawnymi wyobrażeniami Walkirii. Do tych ostatnich, choć wzrost mam słuszny, to nadal brakuje mi cycków i warkocza).
W każdym razie, po doświadczeniach nieposiadania Netu i używania komputera jako maszyny do pisania oraz przenośnego biurka, nabrałam jakiegoś nieopisanego wręcz wstrętu do tak zwanych pierdolników graficznych. Na pierwszym miejscu obiektów wstrętu są wszelkie durne obrazki z netu, zwłaszcza kotki z durnymi podpisami. (Mam taką teorię, ściśle wychodzącą z teorii memów Dawkinsa, że cała nasza kultura jest sterowana przez koty. Internet powstał po to, by rozpowszechniać w nim zdjęcia kotów, przekonywać, że koty są słodkie, niewinne, zabawne i niezwykłe, a one przez lata sterowały ludzkością w jednym tylko kierunku: by jeść codziennie kurczaka, wołowinę i łososia. Ta teoria jest nie do obalenia, panie i panowie, tak jest. Jesteśmy kotosterowalni.).
No bo poważnie, na jaki plaster mi te wszystkie tak zwane informacje? Te wszystkie kwiatki, filmiki, które nie prowadzą do niczego oprócz marnowania czasu? Zaprawdę, neurobiolodzy od plastyczności mózgu, bijący na alarm, że pod wpływem Internetu zmienia się percepcja, mają rację. Bo neuroplastyczność neuroplastycznością, ale nadal do zapamiętania jakiejś informacji i odtwarzania jej na poziomie odruchowym potrzeba tych dziesięciu tysięcy powtórzeń. A do zapamiętania czegoś tak, by zapisało się w pamięci długotrwałej, a nie tylko krótkotrwałej też potrzeba powtórzeń bodźca, jeśli dobrze pamiętam swoje boje z neuropsychologią podczas przyswajania materiału z pięciu lat studiów w ciągu dwóch tygodni (startowałam swego czasu na doktoranckie z psychologii na SWPSie. Zmywałam też gary w hotelowej kuchni w Irlandii Północnej). Im więcej bodźców, tym mniejsza szansa, że się je zapamięta.
Ale, co najbardziej zaskakujące, w ciągu mniej więcej dwóch tygodni wróciła mi chęć do pisania. I obawiam się, że tym razem nie ma opcji, że usiądę sobie cichutko w kącie i poczekam, aż mi przejdzie, albowiem przeprowadziłam analizy za pomocą niezwykle zaawansowanych metod badawczych (kartka i pióro), po wielu trudach i znojach otrzymałam wyniki (w dwie minuty połączyłam kropki, tfu, fakty, czyli sprawdziłam datowania na swoich tekstach) i dokonałam wstrząsającego odkrycia. Trąby, fanfary, werble, narastająca niepokojąca muzyka, może być na przykład "Wlazł kotek na płotek" wygrywany w stylu wiersza Ogdena Nasha (nie pamiętam tytułu, a źródło stoi na półce w Poznaniu). Odkrycie owo brzmi: im mi lepiej w życiu, tym większą mam wenę i ochotę na pisanie. Co więcej, wtedy powstają najlepsze moje kawałki. Odkrycie jest wstrząsające nie tyle dla mnie, bo mnie z tym dobrze, tylko dla rzesz ludzi, którzy uważają, że im człowiek bardziej romantyczny (Werter, Konrad, Kordian i bezimienne rzesze innych życiowych fajtłapów, przez wieki zwanych na różne sposoby, teraz emo), tym lepszą literaturę produkuje. Z romantyków to ja jednak zawsze wolałam Byrona, który pisał również potwornie zjadliwe satyry, a jak przyszło co do czego, to zamiast się użalać i umartwiać zawinął dupę w troki i pojechał walczyć do Grecji.
Umówmy się: pisałam, odkąd nauczyłam się pisać i przekonałam się, że można własnoręcznie wytwarzać takie fascynujące historie jak te z książek. Pisałam listy, pamiętniki, wypracowania, rozprawki, opowiadania, na szczęście przeczytałam w swoim życiu wystarczająco dużo dobrej poezji, żeby nie pisać wierszy częściej, niż raz na pięć lat i tylko wtedy, kiedy mam wewnętrzną pewność, że są one dobre, artykuły, recenzje. Nie pisałam kompletnie i totalnie niczego własnego przez pięć lat życia, od skończenia studiów do paru miesięcy przed dwudziestymi dziewiątymi urodzinami, a dwa opublikowane wtedy artykuły napisałam jeszcze na studiach. Tłumaczyłam. Ale, przede wszystkim, byłam w kompletnie nieudanych związkach z palantami.
Związki z palantami bardzo źle wpływają na moją kreatywność i chęć do pisania. Szczerze mówiąc, na chęć do życia również. Na szczęście odkryłam Pierwsze Prawo Wszechrzeczy Jo, czyli Życie w Pojedynkę Jest Lepsze od Życia z Palantem, amen. Myślę, że to prawo aplikuje się do większości jednostek ludzkich - jak ktoś, z kim jesteś, sprawia, że nie masz siły na robienie tego, co od zawsze sprawiało ci radość, rzuć tego kogoś w cholerę, bo to nie ta osoba.
W każdym razie, po zastoju związanym najpierw z kompletnym amokiem miłosnym (naprawdę nie miałam czasu na pisanie bloga ani niczego innego, bo pisałam listy i rozmawiałam), potem przeprowadzką do miasta stołecznego i ustalaniem sobie, w jaki sposób w tym mieście stołecznym żyć, co zakończyło się wzięciem sobie urlopu od miasta stołecznego w mieście niegdyś stołecznym, z kotem u rodziców, nadszedł taki moment, w którym część mojego mózgu powiedziała: Kurwa, albo natychmiast zaczniesz pisać, albo ja tutaj po prostu eksploduję.
Chyba jednak wyglądałabym głupawo z urwaną połową twarzy.
A propos Praw Wszechrzeczy, to Cham i Prostak zapowiedział swoje zmartwychwstanie. Że tak rzekę, doczekać się nie mogę.
W każdym razie, po doświadczeniach nieposiadania Netu i używania komputera jako maszyny do pisania oraz przenośnego biurka, nabrałam jakiegoś nieopisanego wręcz wstrętu do tak zwanych pierdolników graficznych. Na pierwszym miejscu obiektów wstrętu są wszelkie durne obrazki z netu, zwłaszcza kotki z durnymi podpisami. (Mam taką teorię, ściśle wychodzącą z teorii memów Dawkinsa, że cała nasza kultura jest sterowana przez koty. Internet powstał po to, by rozpowszechniać w nim zdjęcia kotów, przekonywać, że koty są słodkie, niewinne, zabawne i niezwykłe, a one przez lata sterowały ludzkością w jednym tylko kierunku: by jeść codziennie kurczaka, wołowinę i łososia. Ta teoria jest nie do obalenia, panie i panowie, tak jest. Jesteśmy kotosterowalni.).
No bo poważnie, na jaki plaster mi te wszystkie tak zwane informacje? Te wszystkie kwiatki, filmiki, które nie prowadzą do niczego oprócz marnowania czasu? Zaprawdę, neurobiolodzy od plastyczności mózgu, bijący na alarm, że pod wpływem Internetu zmienia się percepcja, mają rację. Bo neuroplastyczność neuroplastycznością, ale nadal do zapamiętania jakiejś informacji i odtwarzania jej na poziomie odruchowym potrzeba tych dziesięciu tysięcy powtórzeń. A do zapamiętania czegoś tak, by zapisało się w pamięci długotrwałej, a nie tylko krótkotrwałej też potrzeba powtórzeń bodźca, jeśli dobrze pamiętam swoje boje z neuropsychologią podczas przyswajania materiału z pięciu lat studiów w ciągu dwóch tygodni (startowałam swego czasu na doktoranckie z psychologii na SWPSie. Zmywałam też gary w hotelowej kuchni w Irlandii Północnej). Im więcej bodźców, tym mniejsza szansa, że się je zapamięta.
Ale, co najbardziej zaskakujące, w ciągu mniej więcej dwóch tygodni wróciła mi chęć do pisania. I obawiam się, że tym razem nie ma opcji, że usiądę sobie cichutko w kącie i poczekam, aż mi przejdzie, albowiem przeprowadziłam analizy za pomocą niezwykle zaawansowanych metod badawczych (kartka i pióro), po wielu trudach i znojach otrzymałam wyniki (w dwie minuty połączyłam kropki, tfu, fakty, czyli sprawdziłam datowania na swoich tekstach) i dokonałam wstrząsającego odkrycia. Trąby, fanfary, werble, narastająca niepokojąca muzyka, może być na przykład "Wlazł kotek na płotek" wygrywany w stylu wiersza Ogdena Nasha (nie pamiętam tytułu, a źródło stoi na półce w Poznaniu). Odkrycie owo brzmi: im mi lepiej w życiu, tym większą mam wenę i ochotę na pisanie. Co więcej, wtedy powstają najlepsze moje kawałki. Odkrycie jest wstrząsające nie tyle dla mnie, bo mnie z tym dobrze, tylko dla rzesz ludzi, którzy uważają, że im człowiek bardziej romantyczny (Werter, Konrad, Kordian i bezimienne rzesze innych życiowych fajtłapów, przez wieki zwanych na różne sposoby, teraz emo), tym lepszą literaturę produkuje. Z romantyków to ja jednak zawsze wolałam Byrona, który pisał również potwornie zjadliwe satyry, a jak przyszło co do czego, to zamiast się użalać i umartwiać zawinął dupę w troki i pojechał walczyć do Grecji.
Umówmy się: pisałam, odkąd nauczyłam się pisać i przekonałam się, że można własnoręcznie wytwarzać takie fascynujące historie jak te z książek. Pisałam listy, pamiętniki, wypracowania, rozprawki, opowiadania, na szczęście przeczytałam w swoim życiu wystarczająco dużo dobrej poezji, żeby nie pisać wierszy częściej, niż raz na pięć lat i tylko wtedy, kiedy mam wewnętrzną pewność, że są one dobre, artykuły, recenzje. Nie pisałam kompletnie i totalnie niczego własnego przez pięć lat życia, od skończenia studiów do paru miesięcy przed dwudziestymi dziewiątymi urodzinami, a dwa opublikowane wtedy artykuły napisałam jeszcze na studiach. Tłumaczyłam. Ale, przede wszystkim, byłam w kompletnie nieudanych związkach z palantami.
Związki z palantami bardzo źle wpływają na moją kreatywność i chęć do pisania. Szczerze mówiąc, na chęć do życia również. Na szczęście odkryłam Pierwsze Prawo Wszechrzeczy Jo, czyli Życie w Pojedynkę Jest Lepsze od Życia z Palantem, amen. Myślę, że to prawo aplikuje się do większości jednostek ludzkich - jak ktoś, z kim jesteś, sprawia, że nie masz siły na robienie tego, co od zawsze sprawiało ci radość, rzuć tego kogoś w cholerę, bo to nie ta osoba.
W każdym razie, po zastoju związanym najpierw z kompletnym amokiem miłosnym (naprawdę nie miałam czasu na pisanie bloga ani niczego innego, bo pisałam listy i rozmawiałam), potem przeprowadzką do miasta stołecznego i ustalaniem sobie, w jaki sposób w tym mieście stołecznym żyć, co zakończyło się wzięciem sobie urlopu od miasta stołecznego w mieście niegdyś stołecznym, z kotem u rodziców, nadszedł taki moment, w którym część mojego mózgu powiedziała: Kurwa, albo natychmiast zaczniesz pisać, albo ja tutaj po prostu eksploduję.
Chyba jednak wyglądałabym głupawo z urwaną połową twarzy.
A propos Praw Wszechrzeczy, to Cham i Prostak zapowiedział swoje zmartwychwstanie. Że tak rzekę, doczekać się nie mogę.
środa, 15 lutego 2012
Sezon Swetrów Spierdolonych
Powiedzenie, że mam w tym sezonie pecha do swetrów, to niedopowiedzenie. Mam pecha do WSZYSTKIEGO, co dziergam.
Udało mi się nie spierdolić dwóch rzeczy: szalika i czapki dla współkohabitanta. Co prawda zielona czapka nadal wzbudza pewnego rodzaju zaskoczenie wśród większości znajomych (znajome reagują: Jaka ładna czapka!), ale chyba zdążyli się już przyzwyczaić. Choć mam wrażenie, że posiadanie przez polskiego mężczyznę czegoś zdecydowanie kolorowego nadal wzbudza odczucia podobne do spotkania w centrum miasta hipopotama, który w skupieniu i zamyśleniu pożywia się pędami bzu.
Cała reszta rzeczy została mniej lub bardziej spierdolona serdecznie. Ponieważ mam dziką migrenę, nie będę się dzisiaj wdawać w szczegóły, zrobię to, jak mózg, za duży o tak na wyczucie dwa rozmiary do czaszki, przestanie próbować wyjść mi nosem i uszami, ale pobiłam samą siebie robiąc klasyczny błąd: mając dwa motki, postanowiłam dokupić cztery dalsze, nie sprawdzając, czy odcień się zgadza.
Naprawdę, albo wyjdzie mi to, co mam teraz na drutach, albo szlag mnie jaśnisty trafi i owinę włóczką wszystkie dostępne drzewa.
Aha, w ramach zemsty mole zeżarły mi alpakę przeznaczoną na komin dla kogoś.
Udało mi się nie spierdolić dwóch rzeczy: szalika i czapki dla współkohabitanta. Co prawda zielona czapka nadal wzbudza pewnego rodzaju zaskoczenie wśród większości znajomych (znajome reagują: Jaka ładna czapka!), ale chyba zdążyli się już przyzwyczaić. Choć mam wrażenie, że posiadanie przez polskiego mężczyznę czegoś zdecydowanie kolorowego nadal wzbudza odczucia podobne do spotkania w centrum miasta hipopotama, który w skupieniu i zamyśleniu pożywia się pędami bzu.
Cała reszta rzeczy została mniej lub bardziej spierdolona serdecznie. Ponieważ mam dziką migrenę, nie będę się dzisiaj wdawać w szczegóły, zrobię to, jak mózg, za duży o tak na wyczucie dwa rozmiary do czaszki, przestanie próbować wyjść mi nosem i uszami, ale pobiłam samą siebie robiąc klasyczny błąd: mając dwa motki, postanowiłam dokupić cztery dalsze, nie sprawdzając, czy odcień się zgadza.
Naprawdę, albo wyjdzie mi to, co mam teraz na drutach, albo szlag mnie jaśnisty trafi i owinę włóczką wszystkie dostępne drzewa.
Aha, w ramach zemsty mole zeżarły mi alpakę przeznaczoną na komin dla kogoś.
wtorek, 14 lutego 2012
Sralentynki
Nienawidzę mediów społecznościowych.
Po głębokim przemyśleniu paru kwestii doszłam do wniosku, że z internetowych kanałów komunikacji preferuję komunikatory, najlepiej takie pisane albo videofony (te, gdzie widzisz twarz osoby, z którą rozmawiasz) oraz blogi, najlepiej takie, które dobrze się czyta. Do wniosku tego doszłam w niedzielę wieczorem, po mniej więcej pięciu dniach nieużywania specjalnie komputera w celach "towarzyskich", bo najpierw byłam w Poznaniu, a potem w Tarnowskich Górach, a po drodze czytałam książki i prasę, między innymi doskonały wywiad z Danielem Passentem w Gazecie Świątecznej.
Możliwe, że ja się po prostu starzeję i natłok informacji w mediach społecznościowych nie robi dobrze mojemu mózgowi, który reaguje pewnego rodzaju śpiączką, jak śpiączka cukrzycowa, na nadmiar zbytecznych, niepotrzebnych i głupich danych.
Po głębokim przemyśleniu paru kwestii doszłam do wniosku, że z internetowych kanałów komunikacji preferuję komunikatory, najlepiej takie pisane albo videofony (te, gdzie widzisz twarz osoby, z którą rozmawiasz) oraz blogi, najlepiej takie, które dobrze się czyta. Do wniosku tego doszłam w niedzielę wieczorem, po mniej więcej pięciu dniach nieużywania specjalnie komputera w celach "towarzyskich", bo najpierw byłam w Poznaniu, a potem w Tarnowskich Górach, a po drodze czytałam książki i prasę, między innymi doskonały wywiad z Danielem Passentem w Gazecie Świątecznej.
Możliwe, że ja się po prostu starzeję i natłok informacji w mediach społecznościowych nie robi dobrze mojemu mózgowi, który reaguje pewnego rodzaju śpiączką, jak śpiączka cukrzycowa, na nadmiar zbytecznych, niepotrzebnych i głupich danych.
niedziela, 12 lutego 2012
Kot wersja ostateczna
Co powiedział kot Schroedingera?
Być albo nie być, oto jest pytanie...
(nie wierzę, że wcześniej na to nie wpadłam).
Być albo nie być, oto jest pytanie...
(nie wierzę, że wcześniej na to nie wpadłam).
piątek, 3 lutego 2012
Drodzy guglający
Moje statystyki zanotowały wzrost odwiedzin u Wyroczni i jej* kota, związany z wpisywaniem w wyszukiwarki haseł łączących nazwisko noblistki i wydarzenia w Paryżu z roku 1871. Wszystkich, którzy szukają tego typu odniesień, odsyłam na tę stronę, gdzie są cytaty z niewielu wywiadów, jakich udzieliła.
Idźcie czytać w pokoju, albo kuchni, albo łazience, a najlepiej udajcie się do biblioteki, wypożyczcie sobie tomiki wierszy, do tomików wierszy na przykład "Boże igrzysko" Daviesa, do "Bożego igrzyska" trochę Barańczaka i Konwickiego, odrobina Miłosza też nie zawadzi, poczytajcie sobie w zadumie nad dziwacznymi losami Polaków po roku 1945, a potem wyjdźcie na ulice i zacznijcie protestować przeciwko reformie szkolnictwa, która ma wejść w życie od września 2012.
*kota Schroedingera, rzecz jasna.
Idźcie czytać w pokoju, albo kuchni, albo łazience, a najlepiej udajcie się do biblioteki, wypożyczcie sobie tomiki wierszy, do tomików wierszy na przykład "Boże igrzysko" Daviesa, do "Bożego igrzyska" trochę Barańczaka i Konwickiego, odrobina Miłosza też nie zawadzi, poczytajcie sobie w zadumie nad dziwacznymi losami Polaków po roku 1945, a potem wyjdźcie na ulice i zacznijcie protestować przeciwko reformie szkolnictwa, która ma wejść w życie od września 2012.
*kota Schroedingera, rzecz jasna.
czwartek, 2 lutego 2012
Drobna uwaga na marginesie życia
Wczoraj odeszła Wisława Szymborska. Zrobiło mi się bardzo przykro, ponieważ lubię jej poezję i zabawy słowem, a także niezwykłą klasę bycia w życiu, dystans i ironię, połączone z wrażliwością i uważnością.
Nie tylko mnie zrobiło się przykro - całemu Internetowi też. To znaczy, ludziom za zerojedynkowym kodem transkrybującym emocje na Facebooka. Dominowało, rzecz jasna, skojarzenie, że tego się nie robi kotu, ale też inne cytaty. Ja i mój mężczyzna, w ramach walki z żałobnością, zrobiliśmy wieczór z lepiejami dzierganymi, który zaczął się przypadkowo, od zbitki "Lepiej gwoździe w członka wbijać, niż tym szalem się owijać". Tak sobie myślę, że to świadczy bardzo mocno o tym, jak jej poezja przeniknęła do życia, stała się jego częścią, jak codzienny ładny kubek. Taka odrobina ładności jest bardzo ważna.
Ale najwyraźniej nie wszystkim się to spodobało. Jeden z moich znajomych postanowił stanąć do walki z pamięcią i wspominaniem i strollował co poniektóre wpisy znajomych, cytując wiersze, które Szymborska pisała za stalinizmu. W sumie mógł się nie powstrzymywać i napisać po prostu "Opłakujecie czerwoną kurwę, która wspierała komunę", byłoby o tyle łatwiej, że od razu widać by było, że należy dać mu w pysk i przestać się z nim zadawać, bo to człowiek tego samego pokroju, co żądający składania samokrytyki wataszkowie partyjni.
I pomyśleć, że to jest gówniarz, który nigdy w życiu nawet nie widział kolejki po chleb, a o wyrobach czekoladopodobnych i dylematach, kupić takowy dziecku, czy sobie pół litra, nawet nie słyszał. I taki gówniarz ma czelność twierdzić, że całe ludzkie życie, cały dorobek, nie jest godne szacunku, ponieważ ten ktoś nigdy nie pokajał się publicznie, że za Stalina pisał laurki pochwalne. Nigdy nie potępił komunizmu. Zacytuję: Uważam też za niewłaściwe stawianie za wzór osoby postępującej nagannie i w tym postępowaniu zatwardziałej.
Jaka szkoda, że nie mam maszyny czasu. Wsadziłabym go w nią i obserwowała, jak się dzielnie broni przez zakusami UB i SB. I jak walczy z reżimem. Biorąc pod uwagę wysokie mniemanie o sobie i swojej moralności, obstawiam, że nawet nie dałby się zwerbować, tylko sam poszedł donosić, bo wszak należy wspierać system i walczyć z jego wrogami.
Później.
Adam Zagajewski w Trójce podsumował takich ludzi dwoma słowami: "idioci" i "oszołomy". To on był przyjacielem Szymborskiej, więc uważam, że wie, co mówi.
PS. Czy ja muszę wspominać, że takie rzeczy może mówić tylko ktoś, kto nigdy nie tknął wierszy Szymborskiej i nie ma pojęcia, jak podchodziła do kwestii totalitaryzmu? Nie muszę. Ale wspominam.
Nie tylko mnie zrobiło się przykro - całemu Internetowi też. To znaczy, ludziom za zerojedynkowym kodem transkrybującym emocje na Facebooka. Dominowało, rzecz jasna, skojarzenie, że tego się nie robi kotu, ale też inne cytaty. Ja i mój mężczyzna, w ramach walki z żałobnością, zrobiliśmy wieczór z lepiejami dzierganymi, który zaczął się przypadkowo, od zbitki "Lepiej gwoździe w członka wbijać, niż tym szalem się owijać". Tak sobie myślę, że to świadczy bardzo mocno o tym, jak jej poezja przeniknęła do życia, stała się jego częścią, jak codzienny ładny kubek. Taka odrobina ładności jest bardzo ważna.
Ale najwyraźniej nie wszystkim się to spodobało. Jeden z moich znajomych postanowił stanąć do walki z pamięcią i wspominaniem i strollował co poniektóre wpisy znajomych, cytując wiersze, które Szymborska pisała za stalinizmu. W sumie mógł się nie powstrzymywać i napisać po prostu "Opłakujecie czerwoną kurwę, która wspierała komunę", byłoby o tyle łatwiej, że od razu widać by było, że należy dać mu w pysk i przestać się z nim zadawać, bo to człowiek tego samego pokroju, co żądający składania samokrytyki wataszkowie partyjni.
I pomyśleć, że to jest gówniarz, który nigdy w życiu nawet nie widział kolejki po chleb, a o wyrobach czekoladopodobnych i dylematach, kupić takowy dziecku, czy sobie pół litra, nawet nie słyszał. I taki gówniarz ma czelność twierdzić, że całe ludzkie życie, cały dorobek, nie jest godne szacunku, ponieważ ten ktoś nigdy nie pokajał się publicznie, że za Stalina pisał laurki pochwalne. Nigdy nie potępił komunizmu. Zacytuję: Uważam też za niewłaściwe stawianie za wzór osoby postępującej nagannie i w tym postępowaniu zatwardziałej.
Jaka szkoda, że nie mam maszyny czasu. Wsadziłabym go w nią i obserwowała, jak się dzielnie broni przez zakusami UB i SB. I jak walczy z reżimem. Biorąc pod uwagę wysokie mniemanie o sobie i swojej moralności, obstawiam, że nawet nie dałby się zwerbować, tylko sam poszedł donosić, bo wszak należy wspierać system i walczyć z jego wrogami.
Później.
Adam Zagajewski w Trójce podsumował takich ludzi dwoma słowami: "idioci" i "oszołomy". To on był przyjacielem Szymborskiej, więc uważam, że wie, co mówi.
PS. Czy ja muszę wspominać, że takie rzeczy może mówić tylko ktoś, kto nigdy nie tknął wierszy Szymborskiej i nie ma pojęcia, jak podchodziła do kwestii totalitaryzmu? Nie muszę. Ale wspominam.
środa, 1 lutego 2012
Co powiedział kot Schroedingera?
Właśnie uświadomiłam sobie, że odpowiadałam na to pytanie dwa lata temu.
To kot Schroedingera, więc, rzecz jasna, obie odpowiedzi są poprawne.
Swoją drogą upały jakby lekko zelżały...
To kot Schroedingera, więc, rzecz jasna, obie odpowiedzi są poprawne.
Swoją drogą upały jakby lekko zelżały...
piątek, 27 stycznia 2012
Imaginarium
Oglądanie świata poprzez trochę wypaczoną soczewkę czasami owocuje objawieniami.
Moje przyszło dzisiaj, podczas lektury pierwszych strom Miasta i miasta Chiny Mieville'a. Mieville opisywał coś, co sprawiło, że pomyślałam, że czas wyjechać z tego kraju, który jest tak beznadziejnie homogeniczny, taki sam, pozbawiony wyznaczników, symboli, jakiegoś świadectwa przynależności. A potem zaczęłam patrzeć na pokój, który zamieszkujemy, a głównym jego umeblowaniem są książki.
Niewycyklinowana stara dębowa albo jesionowa klepka, krzesło przy stole, które trzeba wyrzucić, bo więcej złego naszym kręgosłupom robi, niż dobrego, kuchnia, która trzeba pomalować, szafa w korytarzu, którą trzeba kupić, żeby powkładać do niej rzeczy, które mamy. Mało ich mamy, poza książkami, których mamy dużo. A część moich w Poznaniu. Trzydzieści metrów kwadratowych dla dwóch osób, w trakcie tworzenia, i osoby, i metry.
Ciekawe, czy ktoś by przyszedł i sfotografował tę przestrzeń dla jakiegoś magazynu o wnętrzach? Nie za bardzo - ani nie mamy pięknego parkietu z egzotycznego drewna, ani jakichś niewiarygodnie drogich mebli od światowej sławy designerów (a moglibyśmy, bo siostra mojego mężczyzny jest designerką. Bardzo dobrą designerką), ani nie wiadomo czego jeszcze. Mamy za to coś na kształt znaku "Majusia approves", czyli siostra mojego mężczyzny uważa, że ładnie nam się udało urządzić, choć nie poszliśmy za jej radą i nie zdemolowaliśmy ścian.
No tak, ale w gazecie ani w blogu wnętrzarskim by nas nie pokazano.
I wtedy nastąpiło sprzężenie paru informacji, kołatających się od pewnego czasu po mojej głowie. Niedawno mój znajomy napisał i wnętrzu z jakiegoś magazynu, że jak on na to wszystko patrzy, to żal mu dupę ściska, bo te mieszkania są takie nieprawdziwe. Na wysoki połysk, do zdjęć, do oglądania, nie do życia. Symulakrum.
To dolega naszemu krajowi. Symulakrum. Tworzymy na siłę obraz, odwzorowanie, iluzję świata, który był przez lata niedostępny, a teraz na siłę i na szybko chcemy go zbudować, ale to tylko iluzja, jak kult cargo. Jak wyrastające w dżungli amazońskiej katedry, budowane przez konkwistadorów, nie pasujące ani do miejsca, ani do czasu. Naciągnięte na cały kraj prześcieradło z mapą kraju. Ma być ładnie, ma być drogo, ma być zachodnio, ma być... no właśnie, jak ma być?
Ludzie miotają się, jakby im kto pieprzu na ogon nasypał, szukają tożsamości, próbują wpisać się w nurt ładniedrogozachodnioplazmanaścianienowysamochódkomputerchujwieco, a jak się nie wpisują, to się frustrują, jak się frustrują, to się różne rzeczy dzieją za oknami albo w radio. Nie mają pojęcia, kim są, definiują się poprzez posiadane lub nie posiadane rzeczy, albo poprzez to, czy te rzeczy kiedyś kupią. Albo przez to, czy są albo nie są u władzy, albo przez to, czy są albo nie są w mediach. Z obłędem w oczach ścigają jakąś wymyśloną postać, którą chcą być, wykreowaną poprzez konglomerat ładnych obrazków dookoła.
Koyanisqaatsi. Zupełnie bez sensu.
Moje przyszło dzisiaj, podczas lektury pierwszych strom Miasta i miasta Chiny Mieville'a. Mieville opisywał coś, co sprawiło, że pomyślałam, że czas wyjechać z tego kraju, który jest tak beznadziejnie homogeniczny, taki sam, pozbawiony wyznaczników, symboli, jakiegoś świadectwa przynależności. A potem zaczęłam patrzeć na pokój, który zamieszkujemy, a głównym jego umeblowaniem są książki.
Niewycyklinowana stara dębowa albo jesionowa klepka, krzesło przy stole, które trzeba wyrzucić, bo więcej złego naszym kręgosłupom robi, niż dobrego, kuchnia, która trzeba pomalować, szafa w korytarzu, którą trzeba kupić, żeby powkładać do niej rzeczy, które mamy. Mało ich mamy, poza książkami, których mamy dużo. A część moich w Poznaniu. Trzydzieści metrów kwadratowych dla dwóch osób, w trakcie tworzenia, i osoby, i metry.
Ciekawe, czy ktoś by przyszedł i sfotografował tę przestrzeń dla jakiegoś magazynu o wnętrzach? Nie za bardzo - ani nie mamy pięknego parkietu z egzotycznego drewna, ani jakichś niewiarygodnie drogich mebli od światowej sławy designerów (a moglibyśmy, bo siostra mojego mężczyzny jest designerką. Bardzo dobrą designerką), ani nie wiadomo czego jeszcze. Mamy za to coś na kształt znaku "Majusia approves", czyli siostra mojego mężczyzny uważa, że ładnie nam się udało urządzić, choć nie poszliśmy za jej radą i nie zdemolowaliśmy ścian.
No tak, ale w gazecie ani w blogu wnętrzarskim by nas nie pokazano.
I wtedy nastąpiło sprzężenie paru informacji, kołatających się od pewnego czasu po mojej głowie. Niedawno mój znajomy napisał i wnętrzu z jakiegoś magazynu, że jak on na to wszystko patrzy, to żal mu dupę ściska, bo te mieszkania są takie nieprawdziwe. Na wysoki połysk, do zdjęć, do oglądania, nie do życia. Symulakrum.
To dolega naszemu krajowi. Symulakrum. Tworzymy na siłę obraz, odwzorowanie, iluzję świata, który był przez lata niedostępny, a teraz na siłę i na szybko chcemy go zbudować, ale to tylko iluzja, jak kult cargo. Jak wyrastające w dżungli amazońskiej katedry, budowane przez konkwistadorów, nie pasujące ani do miejsca, ani do czasu. Naciągnięte na cały kraj prześcieradło z mapą kraju. Ma być ładnie, ma być drogo, ma być zachodnio, ma być... no właśnie, jak ma być?
Ludzie miotają się, jakby im kto pieprzu na ogon nasypał, szukają tożsamości, próbują wpisać się w nurt ładniedrogozachodnioplazmanaścianienowysamochódkomputerchujwieco, a jak się nie wpisują, to się frustrują, jak się frustrują, to się różne rzeczy dzieją za oknami albo w radio. Nie mają pojęcia, kim są, definiują się poprzez posiadane lub nie posiadane rzeczy, albo poprzez to, czy te rzeczy kiedyś kupią. Albo przez to, czy są albo nie są u władzy, albo przez to, czy są albo nie są w mediach. Z obłędem w oczach ścigają jakąś wymyśloną postać, którą chcą być, wykreowaną poprzez konglomerat ładnych obrazków dookoła.
Koyanisqaatsi. Zupełnie bez sensu.
środa, 25 stycznia 2012
Oh joy and new year, or something like that
Tym, którzy zastanawiają się, co powiedział kot Schrodingera, odpowiadam: Miau albo nie miau.
Serio serio, ktoś wszedł na tego bloga z google'owego zapytania "Co powiedział kot Schrodingera".
Siedzę na uczelni na dyżurze, w pełni odczuwając, że marnuję czas, ale jeszcze do marca mi będą za ten czas płacić. W marcu zaś będą wybory nowych władz uczelni i nie wiadomo, co będzie dalej. Nie mam zajęć, nie wiem, czy będę miała fakultet, a czas na uczelni spędzam na rozmyślaniach o pilatesie. I doktoracie, który nagle zachciało mi się pisać dla własnej przyjemności.
Wniosek jest prosty i doszłam do niego dawno temu, ale chyba po drodze zdążyłam zapomnieć: nie nadaję się na biurwę. I nie jestem do końca pewna, czy nadaję się na kogoś, kto uczy wstępu do antropologii kultury.
Lubię uczyć. Tego jestem akurat pewna, ale większość tego typu potrzeb zaspokaja mi pilates, a pewnie za jakiś czas wykluje mi się w głowie pomysł, jak pilates połączyć z antropologią i fajnie z tego żyć. Lubię znajdować rzeczy fajne i nieoczywiste i łączyć je razem, a potem je przedstawiać. Lubię przekazywać wiedzę i o niej dyskutować. Kompletnie zaś nie nadaję się do "wykazywania inicjatywy".
W sensie: świetnie wykazuję inicjatywę, jak mi na czymś zależy i jestem do tego przekonana w stu procentach. Wtedy zazwyczaj przechodzę przez żelbeton i orientuję się dopiero po jakimś czasie, że to zrobiłam, bo niby skąd ten pył na butach i gruz we włosach? Nie jestem przekonana do tego, co robię na uczelni.
To dość zaskakujące, bo przecież kontakt z cudzoziemcami jest fajny. Ale mam takie przekonanie, że gdybym chciała zostać przewodnikiem wycieczek albo niańką, to już dawno bym nimi została. Ja jestem od charyzmatycznego przekazywania wiedzy, a nie od walenia rytmicznie głową w ścianę biurokracji, przyzwyczajeń, systemu, feudalizmu i innych takich. Przeczytałam ostatnio artykuł, napisany na podstawie ankiet studentów czwartego roku czteroletniego programu. Naprawdę - cały system do wymiany.
Żeby wymienić cały system, trzeba mieć czas, ochotę, wsparcie i pieniądze. Pewnie bym się nad tym zastanowiła, mając cały dobrze płatny etat i trzyosobowy zespół pod sobą, a także wolną rękę. Nie mam.
Za to mam pomysły związane z pilatesem, ruchem i dobrym samopoczuciem. Odkryłam na przykład takie miejsce w kręgosłupie, które - nierozruszane - odpowiada chyba za brak poczucia własnej wartości. Mam też teorię, że ośrodek kreatywności mieści się nie w mózgu, tylko w tyłku, a ściślej, w pośladkowych średnich, a jeszcze ściślej, pośladkowych średnich regularnie ćwiczonych.
More news to follow.
Serio serio, ktoś wszedł na tego bloga z google'owego zapytania "Co powiedział kot Schrodingera".
Siedzę na uczelni na dyżurze, w pełni odczuwając, że marnuję czas, ale jeszcze do marca mi będą za ten czas płacić. W marcu zaś będą wybory nowych władz uczelni i nie wiadomo, co będzie dalej. Nie mam zajęć, nie wiem, czy będę miała fakultet, a czas na uczelni spędzam na rozmyślaniach o pilatesie. I doktoracie, który nagle zachciało mi się pisać dla własnej przyjemności.
Wniosek jest prosty i doszłam do niego dawno temu, ale chyba po drodze zdążyłam zapomnieć: nie nadaję się na biurwę. I nie jestem do końca pewna, czy nadaję się na kogoś, kto uczy wstępu do antropologii kultury.
Lubię uczyć. Tego jestem akurat pewna, ale większość tego typu potrzeb zaspokaja mi pilates, a pewnie za jakiś czas wykluje mi się w głowie pomysł, jak pilates połączyć z antropologią i fajnie z tego żyć. Lubię znajdować rzeczy fajne i nieoczywiste i łączyć je razem, a potem je przedstawiać. Lubię przekazywać wiedzę i o niej dyskutować. Kompletnie zaś nie nadaję się do "wykazywania inicjatywy".
W sensie: świetnie wykazuję inicjatywę, jak mi na czymś zależy i jestem do tego przekonana w stu procentach. Wtedy zazwyczaj przechodzę przez żelbeton i orientuję się dopiero po jakimś czasie, że to zrobiłam, bo niby skąd ten pył na butach i gruz we włosach? Nie jestem przekonana do tego, co robię na uczelni.
To dość zaskakujące, bo przecież kontakt z cudzoziemcami jest fajny. Ale mam takie przekonanie, że gdybym chciała zostać przewodnikiem wycieczek albo niańką, to już dawno bym nimi została. Ja jestem od charyzmatycznego przekazywania wiedzy, a nie od walenia rytmicznie głową w ścianę biurokracji, przyzwyczajeń, systemu, feudalizmu i innych takich. Przeczytałam ostatnio artykuł, napisany na podstawie ankiet studentów czwartego roku czteroletniego programu. Naprawdę - cały system do wymiany.
Żeby wymienić cały system, trzeba mieć czas, ochotę, wsparcie i pieniądze. Pewnie bym się nad tym zastanowiła, mając cały dobrze płatny etat i trzyosobowy zespół pod sobą, a także wolną rękę. Nie mam.
Za to mam pomysły związane z pilatesem, ruchem i dobrym samopoczuciem. Odkryłam na przykład takie miejsce w kręgosłupie, które - nierozruszane - odpowiada chyba za brak poczucia własnej wartości. Mam też teorię, że ośrodek kreatywności mieści się nie w mózgu, tylko w tyłku, a ściślej, w pośladkowych średnich, a jeszcze ściślej, pośladkowych średnich regularnie ćwiczonych.
More news to follow.
Subskrybuj:
Posty (Atom)