wtorek, 23 sierpnia 2011

Up in the Air


Najlepsze amerykańskie filmy to filmy o prowincji. O amerykańskim nigdziebądź. Ten film sprzed raptem dwóch lat ma w sobie coś z filmów z lat siedemdziesiątych, tych kręconych już po "Easy Riderze" i "Znikającym punkcie", bez Steve'a McQueena i twardzieli znikąd; jest w nim nastrój przypominający mi, nie wiem dlaczego, "Konwój" Peckinpaha. Och, w sumie to dość proste, powiedziałam sobie właśnie, wszak to film należący do gatunku, który wychodzi Amerykanom najlepiej: film drogi.

Tylko sposób pokonywania przestrzeni się zmienił. Nie samochody, a samoloty, nie przydrożne stacje benzynowe, a lotniska gwarantujące kompletną anonimowość. No właśnie. Na ile anonimowy jest mężczyzna, który ma ekskluzywne karty hotelowe i pokonał trzysta pięćdziesiąt tysięcy mil jednego roku, znany na wszystkich większych lotniskach Stanów Zjednoczonych? Na ile porzucił cały swój bagaż i zamieszkał w chmurach?

Taka prosta historia, przewidywalna, nieskomplikowana, amerykańska do szpiku kości, ale w ten inny amerykański sposób, zdystansowany, racjonalny, pragmatyczny, idealistyczny. A jednocześnie wcale nieprosta, bo o rzeczach trudnych, o emocjach, z którymi nie można sobie dać rady, o szczerości, o lojalności, o miłości.

Będę o nim myśleć i będę do niego wracać. Jest kolejnym, po filmach Sofii C., dowodem na to, że talent do reżyserii może być dziedziczny (Jason Reitman to syn Ivana Reitmana, który co prawda kręcił głównie poprawne komedie, ale wśród nich jest jeden z moich ulubionych filmów wszechczasów, "Orły Temidy" - znam na pamięć, oglądam zawsze, kiedy leci w TV. Poprawka. Oglądałam, dopóki nie pozbyłam się telewizora). I bardzo ciekawie eksploruje temat femme fatale.

A swoją drogą, ciekawa jestem, jak ta historia potoczyła się dalej.

3 comments:

  1. ja jeszcze lubię Elizabethtown. I dobija mnie przypięta do niego łatka komedii romantycznej.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Bo wiesz, te filmy są do siebie dziwnie podobne :)

    OdpowiedzUsuń na zawsze